Nie jestem leniwa – mój mózg działa inaczej

Są takie dni, kiedy naprawdę myślę, że może faktycznie coś jest ze mną nie tak.
Nie w sensie dramatycznym. Bardziej cicho. Od środka.
Tak po prostu – kiedy zmęczenie siada na ramionach, a w głowie robi się gęsto od myśli, których nie da się uciszyć.

Bo przecież robię wszystko, co trzeba.
Ogarnęłam dom. Dziecko. Psa. Zakupy. Pracę.
Myślę kilka kroków do przodu, planuję, pamiętam, pilnuję, przewiduję.
A mimo to słyszę, że robię za mało.
Albo że jestem „za cicha”.
Albo że znowu „coś mi się pojebało”.

I wtedy wraca to jedno słowo.
Ciężkie. Przyklejone. Znajome aż za bardzo.
Leniwa.

Znam je dobrze. Myślę, że zna je większość z nas.
To słowo pojawia się zawsze wtedy, gdy nie dajemy rady w tempie, które ktoś inny uznał za normalne.
Gdy nie jesteśmy wystarczająco produktywne, wystarczająco spokojne, wystarczająco ogarnięte.
Gdy nasze zmęczenie nie wygląda „poważnie”, a chaos w głowie nie ma prawa bytu, bo przecież „inne jakoś potrafią”.

Tylko że prawda jest inna.
I im dłużej żyję w ten sposób, tym wyraźniej to widzę.

Ja nie jestem leniwa.
Ja jestem przeciążona.

Przeciążona nadmiarem bodźców.
Przeciążona odpowiedzialnością.
Przeciążona myśleniem za wszystkich dookoła.
Przeciążona życiem, które nie daje zbyt wiele przestrzeni na bycie sobą, a jednocześnie wymaga, żebym była „jakaś”. Najlepiej bezproblemowa.

Ten tekst nie jest po to, żeby się tłumaczyć.
Nie jest też poradnikiem ani diagnozą.
To jest próba nazwania czegoś, co wiele z nas czuje, ale rzadko mówi na głos.
Bo łatwiej uwierzyć, że „ze mną jest coś nie tak”, niż przyznać, że system, w którym funkcjonuję, po prostu mnie przerasta.

Jeśli jesteś mamą i masz wrażenie, że to zmęczenie nasila się szczególnie wtedy, gdy dochodzą emocje dziecka, to bardzo Cię rozumiem. Adaptacja w żłobku potrafi wywrócić cały wewnętrzny system regulacji – zarówno dziecka, jak i mamy. Pisałam o tym szerzej w osobnym tekście, [o adaptacji w żłobku i tym, jak przetrwać ten czas bez poczucia winy]. To nie jest kwestia „radzenia sobie”, tylko przechodzenia przez coś trudnego razem, krok po kroku.


Kiedy próbujesz mówić – i obrywasz

Najbardziej boli wtedy, gdy próbuję postawić granicę.
Nie idealnie. Nie spokojnie jak z poradnika.
Często w złości. Często już na ostatnich resztkach siły.

I słyszę:

„O, znowu ci się coś pojebało.”

To zdanie potrafi uciszyć na długo.
Bo po nim nie chce się już mówić.
A gdy przestaję mówić – pojawia się kolejny zarzut:

„Czemu jesteś taka cicha?”
„Powinnaś dać z siebie więcej.”

Jakby zmęczenie było wyborem.
Jakby cisza nie była ostatnią deską ratunku.


Jesteś wystarczająca.
Nawet wtedy, gdy ktoś próbuje wmówić Ci, że nie.

Co robię cały dzień – choć tego nie widać

Ogarniam dom.
Ogarniam dziecko.
Ogarniam psa.

Planuję zakupy. Gotuję. Myślę, czego brakuje.
Pamiętam o żłobku, ubraniach na zmianę, obiedzie, spacerze.
Wychodzę z psem. Pracuję zdalnie. Jestem „na miejscu” non stop.

To jest praca, której nie widać.
Nie kończy się o 16:00.
Nie daje przerw.
Nie ma za nią pochwał.

On pracuje – więc „pomaga”, gdy jest fajna pogoda i wyjdzie z psem na dwie godziny.
Super.
Tylko gdzie w tym czasie jest pomoc w domu?

Z dzieckiem?
Tak, pobawi się. W domu. Na dywanie.
I jasne – to też jest ważne.
Ale zabrać dwulatkę gdzieś samemu? Ogarnąć wyjście? Logistykę?
To już rzadko.


Nie jestem leniwa. Chaos w głowie. Bałagan. Kuchnia i syf.

Czasem w kuchni jest bałagan.
Czasem — syf.
Nie taki „artystyczny nieład”, tylko realny, codzienny chaos, w którym nie ma gdzie odstawić kubka po kawie.
I tak, słyszę to. Że nie ma miejsca. Że znowu bałagan. Że „jak tak można”.

Tylko że ten bałagan nie bierze się z niczego.
On nie pojawia się dlatego, że mi się nie chce.
On pojawia się wtedy, gdy życie dzieje się jednocześnie.

Praca zdalna, która nie kończy się o konkretnej godzinie.
Dziecko, które potrzebuje uwagi, bliskości i obecności — nie „za chwilę”, tylko teraz.
Pies, który trzeba wyprowadzić, nakarmić, ogarnąć.
Dom, który sam się nie utrzyma.
I głowa pełna spraw, które cały czas krążą, nawet gdy na chwilę siadam.

Ten bałagan to efekt przeciążenia.
To ślad po dniu, w którym robiłam kilka rzeczy naraz, bo inaczej się nie dało.
Po dniu, w którym znowu byłam odpowiedzialna za więcej, niż widać na pierwszy rzut oka.

Czasem celowo nie sprzątam.
Z premedytacją.
Bo w tym momencie ważniejsze jest dla mnie, żeby usiąść.
Napić się kawy w ciszy.
Zebrać myśli, zanim całkiem się rozsypię.

To nie jest bunt.
To nie jest zaniedbanie.
To jest próba zatrzymania się, zanim organizm sam naciśnie hamulec awaryjny.

I nie — to nie jest lenistwo.
To jest sygnał, że jestem zmęczona, a nie „nie dość dobra”.

Czasem ten chaos robi się jeszcze większy, gdy dla kogoś dom jest bardziej hotelem niż wspólną przestrzenią.
Miejscem, do którego się wraca, je, śpi i wychodzi.
A reszta… jakoś się dzieje sama.

Bo przecież „on dużo robi”.
Wyniesie śmieci.
Czasem odkurzy.
Czasem wyjdzie z psem.
I to wystarczy, żeby mieć poczucie, że reszta nie jest już jego problemem.

Tylko że kuchnia sama się nie ogarnia.
Zakupy same się nie planują.
Posiłki same się nie gotują.
A dziecko nie „ogarnia się” między jednym a drugim scrollowaniem telefonu.

Jeśli jedna osoba traktuje dom jak hotel z obsługą,
to druga bardzo szybko zaczyna funkcjonować jak sprzątaczka i kucharka na pełen etat.
Tyle że bez urlopu.
Bez zmiany.
Bez momentu, w którym ktoś mówi: „odpocznij, ja przejmuję”.

I wtedy ten bałagan nie jest już tylko bałaganem.
Jest znakiem zmęczenia.
Cichym protestem organizmu, który mówi: dalej już nie dam rady.

Z czasem zrozumiałam, że jeśli moja głowa ma już dość, to nie potrzebuję motywacji ani kolejnych list zadań. Potrzebuję systemów, które zdejmują ze mnie codzienne decyzje. Tak samo było z karmieniem psa — zamiast ciągłego liczenia i ważenia, stworzyłam prosty schemat, który działa nawet wtedy, gdy nie mam już siły. A jeśli chcesz zobaczyć jak zacząć zapraszam cię do wpisu: Dieta BARF dla psa – instrukcja obsługi dla (nie)perfekcyjnych.

A kiedy okazało się, że takich obszarów do ogarnięcia jest więcej — pies, dziecko, dom, praca — wszystko zebrałam w jednym miejscu. Tak powstał e-book „BARF, dziecko i pies”: nie jako idealny plan, tylko jako realny system na zwykłe dni, kiedy mózg działa inaczej niż w poradnikach.

spokojny system BARF w realnym życiu

Mój mózg działa inaczej

Mój mózg nie działa liniowo.
Nie idzie punkt po punkcie z checklisty.
On pracuje cały czas. Przewiduje. Analizuje. Reaguje.

I to kosztuje.

Nie jestem zmęczona dlatego, że „nic nie robię”.
Jestem zmęczona, bo robię wszystko naraz.
Bo ogarniam rzeczy, których nikt nie zauważa, dopóki nie przestaną być zrobione.


Jeśli to czytasz i myślisz: „Mam tak samo”

To chcę, żebyś wiedziała jedno:

👉 Nie jesteś sama.
👉 Nie jesteś leniwa.
👉 Nie jesteś „za mało”.

Jesteś zmęczona.
Jesteś przeciążona.
I masz prawo czasem nie posprzątać, tylko wypić kawę.

Zgoda na siebie nie oznacza, że przestajesz się starać.
Oznacza, że przestajesz się biczować za to, że nie dajesz rady w świecie, który wymaga od kobiet wszystkiego – jednocześnie.


Cicha prawda na koniec

Nie każda cisza oznacza obojętność.
Czasem oznacza, że już nie masz siły krzyczeć.

I to też jest w porządku.

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *